Czyli przemyślenia duże i małe, studenckie i postudenckie, absolutnie politycznie i niepolitycznie niepoprawne
RSS
piątek, 13 lipca 2012
Samogasnące papierosy

Zgasł wam może ostatnio fajek? Zapewne zwaliliście to na wilgotność powietrza i rzucając niecenzuralnymi słówkami, odpaliliście po raz kolejny? Potem kolejny i jeszcze raz...

Niestety, nie wilgotność powietrza ani wada fabryczna jest tu przyczyną. Jest ona prosta, a zarazem debilna: w naszej cudownej Łuni Jełopejskiej stwierdzono, że za dużo osób ginie podczas pożarów spowodowanych niedopałkiem papierosa, powinny więc one same gasnąć. I fajnie: statystycznie w całej Łuni było to około tysiąca osób. Kilku zapitych meneli na siennikach, kilku innych kwalifikujących się i tak do nagrody Darwina, bo kto inny pali w łóżku wiedząc, że jest kompletnie padnięty i zaraz zaśnie? Jasne że ktoś, kto zaraz przebudzi się (jeśli nie spłonie), nadal śpiący weźmie gorącą i odprężającą kąpiel w wannie i jeśli w niej nie zaśnie postanowi sobie w niej włosy wysuszyć, żeby zaoszczędzić czasu. Proponuję więc samoczynnie odkorkowującą się wannę, jeśli kąpiący się nie poruszy przez jakiś czas. Bo suszarki odcinające odpływ prądu ponoć już są.

Dalej rzecz jasna proponuję tępe żyletki albo samoczynnie tępiące się przy kontakcie ze skórą, pigułki, które przy dużym dawkowaniu tracą swe zabójcze właściwości, linki, które przy zetknięciu z ludzką szyją nie chcą wiązać supłów oraz tylko i wyłącznie krojony chleb w sklepach, żeby klient przypadkiem się nie skaleczył. 

Bo przecież ludzie to idioci i potrzebują takich wynalazków, żeby w większym lub mniejszym zdrowiu móc spokojnie umrzeć na raka, zamiast jak jakiś kretyn, spłonąć w łóżku.

Z innej beczki: jako że studentką być przestałam, obroniłam się i studenciną na wygnaniu już nie jestem, pora go przeedytować. Z drugiej strony już tu prawie nie wchodzę zajęta innymi sprawami, więc nie wiem, czy warto. Zobaczym. 

12:27, aniloraq
Link Komentarze (2) »
wtorek, 27 marca 2012
Nietykalni (Intouchables)

 

W jaki sposób może zmienić człowieka spotkanie z drugim człowiekiem? Co stanie się, jeśli mężczyźnie z nizin społecznych z wyrokiem, bez zarysowanych wyraźnie zasad moralnych, któremu zależy tylko na uzyskaniu zasiłku polecimy opiekować się sparaliżowanym, bogatym człowiekiem? Czyje życie tak naprawdę się odmieni?

Historia na pierwszy rzut oka nieprawdopodobna, a jednak wydarzyła się naprawdę. Na miejsce opiekuna Philippe'a przyjęty został, pomimo natłoku kandydatów, którzy lepiej się do tego nadawali, czarnoskóry chłopak, któremu na pracy wcale nie zależy i który początkowo zostaje tylko dlatego, że w ofercie pracy widnieje również lokum. Początkowa niechęć Drissa w stosunku do sparaliżowanego mężczyzny powoli zamienia się w chęć pomocy, uczynienia życia Philippe'a bardziej komfortowym, mniej zwyczajnym.

Przygody tu przedstawione ukazują siłę prawdziwej przyjaźni, która nie zmienia człowieka na siłę, ale wyciąga z niego dobre cechy. Driss nie staje się bogatym koneserem sztuki i muzyki poważnej, a Philippe nie zaczyna zwiedzać slumsów, by porzucić dotychczasowe życie, jednak każdy z nich zaczyna zgłębiać zainteresowania drugiej osoby, co ubogaca ich wewnętrznie.

Siłą tego filmu jest również ścieżka dźwiękowa, zwłaszcza utwór "Una Mattina" w wykonaniu Ludovico Einaudi, niepokojący, miejscami przygnębiający, za chwilę dający nadzieję. Taki też jest ten film, śmieszny, dający do myślenia, ukazujący zderzenie dwóch światów, różnice między nimi, by za chwilę dostrzec podobieństwa.

13:09, aniloraq
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 19 marca 2012
Squat - miejsce inicjatyw kulturalnych czy siedlisko bezdomnych?

W Ciotce Wiki mamy taką definicję squatu: opuszczone pomieszczenie lub budynek, zajęty, przeważnie, bez zgody właściciela. Squatersi (tj. osoby zajmujące nielegalnie budynek) swoje postępowanie tłumaczą tym, iż uważają, że prawo do zaspokojenia swojej potrzeby jest ważniejsze od prawa, w tym czyjegoś prawa własności. Jest ono w wielu krajach przestępstwem, w niektórych postrzega się je jedynie jako konflikt pomiędzy właścicielem a squatersem (w Polsce taka sytuacja zachodzi tylko, jeśli squaters może udokumentować, że zamieszkiwał dany budynek dłużej niż 3 miesiące), w którym państwo staje zazwyczaj po stronie właściciela.

Słyszałam o squatach, gdzie sam właściciel nie miał nic przeciwko dzikim współlokatorom, najczęściej wtedy, gdy nie miał ochoty sprzedawać domu z różnych przyczyn, wiązały się z nim jakieś wspomnienia, czy też chciał sprzedać dom, ale później, a póki co kiepsko nadawał się on na wynajem. Ciekawa idea, dla niektórych może trochę romantyczna: olać system, robić co się chce, dla niektórych squat to miejsce ciekawych spotkań, punktów, wydarzeń artystycznych...

Jednak nie dla wszystkich, a już z pewnością nie dla właściciela budynku, który, przyznajmy szczerze, rzadko jest zadowolony z obecności dzikich lokatorów. Nie dziwota, sama bym nie była. Nie przemówiłby do mnie argument, że "moi" squattersi są grzeczni, nie ćpają, myją się ani też argument, że moje lokum jest miejscem koncertów, swappingu, inicjatyw kulturalnych... nie i koniec! A jeśli do kogoś takie argumenty przemawiają, proponuję oddać choćby część swojego mieszkanka dla tych panów.

Rozbawiły mnie więc argumenty osób broniących squatu Elba, jak i innych, że jest to wyrzucanie ludzi na bruk, koniec rozwijania się pod kątem artystycznym... Na bruku mieszkali praktycznie już od dawna, a fakt, że mieli gdzie mieszkać mógł zmobilizować ich do poszukania sobie pracy i znalezienia jakiegoś pokoju na wynajem. Mógł, lecz nie zmobilizował, jak widać. Inicjatyw kulturalnych u nas również pod dostatkiem, mało tego, ich organizatorzy często starają się o dotacje, żeby móc wynająć/kupić/utrzymać salę. Nic za darmo. A jednak się da, co pokazuje wzrastająca ilość klubokawiarni, sal kinowych, freeshopów,i tym podobnych. 

Jeśli więc młodzi ludzie rzeczywiście chcą mieszkać "na dziko", proponuję wziąć się do pracy, złożyć się na wykup jakiegoś pustostanu. Przynajmniej nie będzie płaczu, że przyszła policja i po faszystowsku (to ostatnio modne, wyzywać od faszystów) kazała się wynieść.

 

13:30, aniloraq
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 13 marca 2012
Manifa, czyli po raz pierwszy wstydzę się, że jestem kobietą

http://vod.gazetapolska.pl/1329-manifa-relacja-prawdziwa

 

Chyba nie da się wkleić filmiku, więc podaję link. Polecam szerokiej uwadze, bo jest zarazem zabawny i tragiczny. Właściwie tragikomedia to dość trafne określenie na zlot tych dziwadeł. Dodajmy, jak na tak szeroko reklamowany zlot, dość mało liczny (media podawały ok. 1,5 tysiąca).

Na uwagę zasługują transparenty. Do wyboru-do koloru, nie trzeba było przynosić, zapewniali organizatorzy. Przyznam, że nieco im zazdroszczę mając w pamięci, jak przed protestem w sprawie ACTA moje rodzeństwo samodzielnie wykonywało takowy. A tu proszę, jesteś przeciwko aborcji? Tu masz jeden. Ty przeciwko Kościołowi? To ten proszę. A ty przeciwko mężczyznom? Czekaj, gdzieś tu był. Zabrakło tylko dla pani, która wróciła z Egiptu i maszerowała z transparentem, którego sensu nie rozumiała. Mniemam, że nie ona jedyna.

Następnie mamy pana "ŻądambypaństwoprzestałoutrzymywaćKościół", który nie potrafi podać żadnych konkretów na ten temat poza "No jak to... No to widać przecież". Zna trochę to środowisko... może kiedyś przesłuchiwał albo podsłuchiwał?

Następnie mamy dziwny hip hop czy rap... nie wiem. Nie słucham tego typu muzyki, ale odnoszę wrażenie, że kobiety weszły na stronę Feminoteki, na kilka stron na fb dotyczących praw do aborcji, wyciągnęły kilka sloganów, które się rymowały i zaśpiewały. Przepraszam, zarapowały. Drogie panie, doczekamy się zespołu metalowego, w którym dwie panie będą growlować "Wara od mooojej ciiiipkiii!!"? 

Dalej, panie i panowie, wzór mężczyzny! "Żona jest feministką, ale się rozchorowała, więc przyszedłem wyrazić jej opinię". Zazdroszczę i to szczerze. Ciekawe tylko, czy na manicure, jak coś jej wypadnie i nie może przyjść też wysyła męża? "Jędreeeek!! Miałam iść do Zosi na kawę, ale się rozchorowałam. Pójdziesz za mnie?" Jeśli Zosia ładna, to Jędrek z żoną-feminaziolką również ma jak w niebie. Tylko kapelusza mógł żonie nie kraść.

Kolejny postulat, a właściwie protest: Kościół nie zwalnia z małżeństwa! Trzeba trwać przy mężu... Organizatorom marszu gratulujemy znajomości prawa kanonicznego, jak i prosimy o podanie nazwisk księży, którzy zmusili je do czegoś tak nieludzkiego, jak małżeństwo z mężem tyranem. Kolejnym postulatem rzecz jasna prawo do zabijania dzieci ze wskazaniem, w jakich cywilizowanych krajach jest ona dozwolona. Zapomniały tylko o Chinach i Korei, gdzie jest ona wręcz wskazana. 

Ale najlepsze zostawili na koniec. Pępowinę oddzielającą feminaziolki od Kościoła i rządu (jakby feminaziolki nie walczyły o dotacje na swoją działalność) przecina nikt inny, jak śliczna córeczka Alicji Tysiąc. Dziewczynka, o której zabicie walczyły wszystkie te panie, które ją teraz otaczają "walczy" razem z nimi o prawo do aborcji. 

Żenada. Tak po prostu.

Czekam na kolejną i mam nadzieję, że będzie równie śmiesznie :)

13:30, aniloraq
Link Komentarze (7) »
poniedziałek, 20 lutego 2012
Co jest gorsze? Porażka czy to, kiedy nigdy nie spróbujesz?

Ile razy słyszymy, że w życiu najważniejsza jest odwaga? Genialny cytat słyszałam w rock-operze "Krzyżacy" "Zwykle tchórze żyją dłużej, zwykle dłużej, ale jak?" Tchórzostwo jest dla głupich! Nie pozwól, aby strach przed działaniem wykluczył Cię z gry 

Co więcej, uczymy się, że fobie się leczy, bez względu na to, czy jest to arachnofobia, nyktofobia, homofobia, klerofobia, triskaidekafobia, trzeba to w sobie zwalczyć, pokonać. Twoje życie może stać się bardziej interesujące, jeśli tylko pokonasz swoje obawy.I taką strawą jesteśmy karmieni od maleńkości. "Jeśli nie spróbujesz, będziesz żałował", powiedzieli tym ludziom rodzice i znajomi.

To samo powiedzieli kobiecie, której spodobał się mężczyzna z wadą w postaci obrączki. Nie bądź tchórzem! Spróbuj! Spróbowała, jedna, druga, dziesiąta, sześćdziesiąta, z różnym skutkiem. Najczęściej opłakanym, ale przecież "Lepiej spróbować i żałować, niż żałować, że się nie spróbowało". Wiedzą o tym dobrze również nastoletnie matki, alpiniści leżący od kilku lat w Himalajach (chociaż oni pewnie wiedzą już dużo więcej), mężczyzna na wózku po brawurowym skoku do wody.

Gdzie więc leży granica? Próbować, czy nie próbować? I kiedy wiadomo, że warto próbować, a kiedy lepiej siedzieć cicho mimo najszczerszych chęci "wychylenia się"?

20:22, aniloraq
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 06 lutego 2012
Nowa wielce interesująca reforma edukacji

W naszym kraju reformy najczęściej nie pojawiają się wtedy, gdy trzeba coś zmienić, ale wtedy, gdy coś dawno nie było zmieniane. I nieważne, że skoro nie było zmieniane od dawna, prawdopodobnie funkcjonuje całkiem dobrze i poza drobnymi kosmetycznymi poprawkami zmieniać tego nie trzeba. Nie, nasi ministrowie mają widocznie poczucie misji i obawiają się, że jeśli za swojej kadencji nie dokonają "czegoś wielkiego", będzie to źle o nich świadczyło.

I tak narodziła się reforma roku 1999, dzięki której dużym nakładem sił, czasu i pieniędzy mamy trzyletni twór zwany gimnazjum i zrzeszający rzeszę młodzieży w najtrudniejszym wieku. O "skuteczności" tej reformy świadczy stale obniżający się poziom nauczania, do tego stopnia, że jak widzę kolejne roczniki na moim uniwerku, modlę się, żeby połowa z nich opadła przy pierwszej sesji. Co prawda to już nie tylko sprawa reformy, tutaj winowajców jest więcej, ale powstanie gimnazjum się do tego przyczyniło.

Pora więc na kolejną reformę. Dawno nikt nie ruszał liceów ogólnokształcących, a więc pora na nie. Uznano, że "dzieci" w wieku licealnym mają za dużo nauki i nie mają kiedy uczyć się do matury. Pierwszą klasę liceum pozostawiono jako kontynuację gimnazjum, natomiast w drugiej uczniowie będą mogli wybrać przedmioty, które chcą mieć rozszerzone i z których chcą pisać maturę, resztę zaś będą mieli w okrojonej formie. Dodajmy, w bardzo okrojonej formie.

  Jak podaje Gazeta Prawna "Wiedzę fizyczną zastąpią takie bloki, jak: zdrowie i uroda, śmiech i płacz czy woda – cud natury." Super, czyli wiedza humanistów skończy się na cyklu rozwojowym mchu płonnika, prawach termodynamiki i nazwach niektórych pierwiastków z tablicy Mendelejewa, a na pytanie, gdzie leżą Filipiny odpowiedzą wzorem głupich Amerykańców, że w Azji (eee... wait! Gdzie moja mapa? Coś jest nie tak). Wiedza ścisłowców natomiast zakończy się na przeczytaniu "Harry'ego Pottera" i "Kamieni na Szaniec", bitwie pod Grunwaldem (i to tylko dlatego, że data jest przepisem na bimber) i Damie z Łasiczką. 

Co dalej? Przypominam, że w szkolnictwie wyższym dąży się do interdyscyplinarności, zanikają już powoli kierunki jak biologia, geografia, na rzecz przykładowej kognitywistyki, nauk mechanicznych, społecznych. Zresztą, ja będąc na pedagogice specjalnej musiałam mieć porządne podwaliny z historii i biologii, ostatnio nawet matematyki, a przecież kierunek kompletnie humanistyczny. Już widzę rzesze osób, które uwalają kierunki, z których pisali maturę z powodu nieznajomości innych przedmiotów. Chyba że po prostu po raz kolejny obniżą próg nauczania. Proste.

Po co? Naprawdę, nie mam zielonego pojęcia. Choćbym próbowała znaleźć pozytywy, nie potrafię.

14:44, aniloraq
Link Komentarze (3) »
sobota, 28 stycznia 2012
Ateista o Kościele Katolickim, czyli słów kilka o Grodzkiej

 

Staram się olewać tego typu wypowiedzi, rozumieć, przecież nie każdy musi być katolikiem, nie każdy musi wyznawać te same zasady, staram się również tłumaczyć antyklerykalizm złymi przeżyciami, skojarzeniami, brakiem kultury i obycia (czym innym tłumaczyć wrzask klecha-pedofil?), kwitować jednym zdaniem... jednak są rzeczy, których jednym zdaniem skwitować się nie da. Nie da się też praktycznie słuchać pewnych steków bzdur, jednak dla dobra czytelników bloga (w zeszłym tygodniu miałam trzy wejścia. Witaj, Krzysiu :) ) wysłuchałam do końca, i niniejszym opisuję.

1. Uwielbiam, jak o Kościele Katolickim wypowiadają się ci, którzy wiedzą o nim tyle, co ja o animizmie wśród dzikich plemion Ameryki Południowej. Nie znaczy to, że każdy "niewierny" katolikiem nie będący ma siedzieć cicho, wręcz przeciwnie, wielu z nich słucham z zaciekawieniem przyznając rację. Pani (Panu?) Grodzkiej nigdzie nie mogę jej przyznać! A próbowałam.

2. "Kościół Katolicki jako instytucja jest antydemokratyczny". Tak, to prawda, w odróżnieniu od innych religii, jak na przykład Islam, nie daje praktycznie żadnej wolności! "Nie zabijaj"... i już zabijanie staje się grzechem, "nie kradnij", i branie po cichu batonika w sklepie nabiera nowego wymiaru. Pragnę w tym momencie przeprosić w imieniu wszystkich księży zapewne wstydzących się, iż instytucja przez nich reprezentowana jest tak niedemokratyczna. Zaraz... ogólnie religia z założenia jest zbiorem pewnych zasad, a więc chyba każda jest niedemokratyczna... no nieważne.

3. "Nie można dopuścić do tego, by Kościół wywierał polityczny wpływ, dlatego że myśmy Kościoła nie wybrali"- znaczy się My, Anna Grodzka? Bo z tego co wiem, obywatelami naszego kraju w większości są wciąż katolicy, a więc ludzie starający się żyć na co dzień według zasad katolicyzmu. Prędzej więc wybraliśmy Kościół, niż Grodzką. Na szczęście dodaje on(a) za chwilę, że nie przeszkadza jej, że są wśród nas ludzie wierzący, chodzący do kościoła... całe szczęście, bo już stwierdziłam, że jak tak to dziś nie idę, oglądam Grodzką.

4. "Wpływ Kościoła na państwo jest rzeczą antydemokratyczną." Czyli rozumiem, jeśli mniejszość transowo-homoseksualna, do której przynależy Grodzka narzuca nam swoje reguły, wszystko jest cacy, a jak robi to Kościół reprezentujący ponad połowę polskich obywateli (zdaję sobie sprawę, że z ok.90-95% katolików, wierzących i praktykujących jest pewnie około połowa), to już tak ładnie nie jest? Kali komuś ukraść krowa...

5. "Politycy podejmują decyzję pod wpływem tej instytucji" i tu po raz kolejny przepraszam w imieniu złego Kościoła, który jest w stanie takiego posła głosującego przeciw Kościołowi zdzielić nawet w łeb ekskomuniką. Chociaż, takich mamy posłów, jakich sobie wybraliśmy, a skoro wybraliśmy takich, którzy wyznają wartości katolickie (wiem, nie zawsze. Ruch Zaparcia Palikota też miał spore poparcie) i oni głosują zgodnie z tymi wartościami... nie wiem, czy przepraszać trzeci raz.

6. "Kościół jest finansowany z kieszeni publicznej" -z tego co wiem, jak każde zarejestrowane wyznanie w Polsce. Z moich podatków również finansowane są rzeczy, na które grosza bym nie przeznaczyła, np. aborcja (a raczej jej prawne wyjątki w Polsce)

7. "Nasze dzieci, chcąc czy nie chcąc, uczone są religii". Kurczę, to się pozmieniało! Za moich czasów, całkiem niedawno, na religię nie trzeba było chodzić, a tu proszę. No chyba że chodzi o poruszanie jakichkolwiek tematów związanych z KK, na języku polskim, historii, wiedzy o kulturze... Dalej "ja chcę by moje dziecko wychowane było laicko i muszę mieć do tego prawo", kurczę blade! Jeśli chodzi o to, że jej dziecko czuje się źle, bo nie ma zegarka z komunii, to padnę. Zresztą, pogadamy kiedy fundacje bliskie sercu Grodzkiej przestaną prowadzić indoktrynację w Polsce na biologii, edukacji seksualnej, ja też mam prawo do tego, by moje dziecko wychowywać tak jak chcę, a nie jak chce tego przykładowo "Federa". 

8. "Ruch Palikota nie jest przeciwko wierze katolickiej, tylko za demokracją". Chyba przegapiłam moment, gdy ów Kościół Katolicki wdarł się przemocą na Wiejską, wygoniwszy przedtem posłów, obalając demokrację i wprowadzając czarną dyktaturę.

9. Agresywną ideologizację KK w szkołach pominę milczeniem, a nawet minutą ciszy. No dobra, śmiałam się jak dziki reks. Fakt, że jedyną osobą, która dziecku mówi o seksie jest zakonnica również uczciłam tym samym, po czym naszła mnie chwila refleksji: Z pewnością grupa "Ponton" lepiej uświadomiłaby moje dziecko, po drugie, widzę, że rodzice już nic do powiedzenia w tej kwestii nie mają. Jest :Zapytaj księdza!/Zapytaj Grodzkiej! w zależności od przekonań rodzica. 

Końcówkę wyłączyłam. Nie miałam na nią siły. 

13:18, aniloraq
Link Komentarze (13) »
poniedziałek, 16 stycznia 2012
I obyś w telemarkjetingu pracował...

W tym semestrze postanowiłam podreperować nieco budżet mojej rodziny i popracować troszkę. Najwyższa pora, w końcu rok już ostatni (mam taką nadzieję) i zaniedługo czas szukać czegoś bardziej stałego. Nie znaczy to, że przedtem nie pracowałam, była to jednak praca dorywcza, wakacyjna, na kilka godzin w miesiącu.

W moim studenckim miasteczku o pracę niełatwo, więc gdy w końcu jakąś podłapałam, było bardzo miło. Obowiązki do trudnych nie należały, wręcz przeciwnie: siedzenie w ciepłej sali na wygodnym siedzeniu i obdzwanianie ludzi w celu zaproszenia ich na pokazy... czyli praca wygodna, w komfortowych warunkach, stać na mrozie nie musiałam, właściwie w ogóle nie musiałam stać, ludzie wokół bardzo mili, również w większości studenci lub też ludzie zaraz po studiach, którzy nie mogli znaleźć nic innego (smutne trochę), kierownictwo również w porządku. Właściwie minusy były dwa-pierwszym z nich był fakt, że średnio radziłam sobie z połączeniem tego ze studiami (i tu i tu miałam trochę godzin), drugim był fakt samego dzwonienia.

Chociaż powiem szczerze, po telefonie można dowiedzieć się dużo o kulturze człowieka. Jeśli na "dzień dobry" ktoś odpowiada "noo?" albo "ee?" śmiech sam ciśnie się na usta. Zachowujesz jednak spokój i recytujesz formułkę. Jeśli ktoś nie jest zainteresowany, czasem rzuca słuchawką, częściej mówi, że zainteresowany nie jest i tyle. Dziękuję, nie namawiam, "do widzenia". I tu kolejne "noo" czy "aha". Rozumiem, że rozmowa z konsultantem próbującym namówić Cię do czegoś nie jest rozmową oficjalną, ale kurcze, jak ktoś mówi do mnie "dzień dobry", "do widzenia", to echolalicznie chociażby powtarzam, nie mówiąc już o resztkach kultury.

A bywało śmiesznie. I tym chcę się podzielić. I tu kilka sucharków z pracy:

1. Słyszę, jak kolega obok mówi zmęczonym głosem "Ale to nie wszystko, otrzyma Pan w prezencie czajnik... no jak to po co?? Do gotowania wody pewnie!"

 

2. Ja: Mam dla Pani zaproszenie... jest Pani zainteresowana?

K: Ja nieee wieem...

Ja: Eee, to może ja Pani wyślę, Pani się zastanowi?

K: Ja nieee wieem..

 

3. Ja: Dziękuję Pani bardzo, do usłyszenia.K: Do widzenia (myśląc, że odłożyłam już słuchawkę)... A wysyłajta se...

 

4. Dzień dobry, ja się nazywam...K: I co z tego?! (zaniemówiłam, bo fakt. W sumie nic z tego nie wynika ;) )

 

5. K: (po odebraniu słuchawki) Ha! A ja wiem kto dzwoni!

Ja: Yyy?? Dzień dobry?

K: A nie! Pomyliłem się...

 

6. Łączę się z numerem, a tu nagrana na sekretarkę twórczość własna jakiegoś młodziana "Toonęę w ciemnooościach i nie ma mniee, nagraj się proooszę kochanie meeee!"

 

7. Koleżanka: (po kilku odrzuconych telefonach prostuje się na krześle) Może usiądę prosto, wtedy będą mnie szanować.

 

8. Ja: Mam dla Pana zaproszenie na spotkanie...

K: Niee, mi żona zabroniła się spotykać, wie Pani...

 

9. Ja się muszę proszę Pani żony żony poradzić! To taki mój główny księgowy :D

00:08, aniloraq
Link Komentarze (2) »
piątek, 02 grudnia 2011
Akademicka Przychodnia Lekarska? Dziękuję, pochoruję.

Nie lubię lekarzy, toteż rzadko się do nich wybieram, woląc faszerować się raczej zawczasu witaminkami, a w razie przeziębienia naturalnymi antybiotykami, jakimi jest sok z czarnej porzeczki, miód, cytryna, czosnek (i odpada problem namiaru towarzystwa wokół siebie). Czasem jednak trzeba odwiedzić kogoś w białym kitlu. Gorzej, jeśli trzeba pofatygować się do specjalisty. Może być gorzej? Tak! Ów specjalista może być lekarzem w Akademickiej Przychodni Lekarskiej.

Zatkało mi się ucho. Mam wrażliwe uszy, nos, migdały... ogólnie te okolice, gdyż jestem alergikiem. Póki miałam lekko zatkane, starałam się nie zwracać na to uwagi, ale było coraz gorzej, a przy próbie odetkania zatkałam "oba ucha" i po prostu stałam się głucha. Prawie całkiem. Wiecie jakie to uczucie? Współlokatorka pyta, czy nie przeszkadza mi cicha muzyka, a ja po upewnieniu się, co kobieta mówi stwierdzam, że żadnej muzyki nie słyszę. Nie słyszę też, jak walę palcami o klawisze laptopa, jak szumi lodówka... żadnych tego typu odgłosów.

Miałam jeszcze złudną nadzieję, że do rana przejdzie, ale rano obudziłam się nadal głucha jak pień, toteż powzięłam męską, a właściwie jedynie słuszną decyzję pójścia do laryngologa, zwłaszcza że pracuję w telemarketingu i niedosłuch stawia pod znakiem zapytania moją marną pracę.

Gotowa nawet zapłacić za prywatną wizytę, byleby tylko dostać się dziś lecę do APL-u, ustawiam się w kolejce do rejestracji i słyszę, że to pani laryngolog powie, czy może mnie przyjąć i to jej mam się spytać. Lecę więc, wciskam się pomiędzy dwie panie, które również pędzą do gabinetu i pytam, czy mnie przyjmie. Odpowiedź zwaliła mnie z nóg: Pani się zapyta w rejestracji, nie ja o tym decyduję.

Woow, nawet się nie spodziewałam, że tak szybko zatoczę koło. Pani w rejestracji widząc mój lichy stan dała mi karteczkę z napisem "Pierwsza pomoc", co sprawiło, że weszłam do gabinetu. Weszłam, dałam kartkę, na pytanie o odcinek z ubezpieczenia odparłam, że zgodnie z kartką wiszącą nad rejestracją mam tydzień czasu, by przynieść ów odcinek. Oczywiście, laryngolog z pielęgniarką były innego zdania i stwierdziły, że one mnie bez tego odcinka nie przyjmą i nic to, że nagły wypadek, ze skręconą kostką byłoby to samo (???), jak rozumiem, gdyby potrącił mnie samochód i przez przypadek nie miałabym przy sobie tego odcinka, byłoby po mnie.

Za radą genialnej laryngolog poszłam do ambulatorium i spytałam się, czy może mnie przyjąć prywatnie. Tam kobieta zrobiła wieeeelkie oczy i stwierdziła, że prywatnie przyjmuje tylko laryngolog i powiedziała, gdzie zapłacić. Ja jednak poszłam przedtem do jedynej kompetentnej w miarę osoby, która w tym budynku urzędowałam czyli do recepcjonistki, wyłuszczyłam sytuację, powiedziałam, że kompletnie nie wiem co robić... i za jej radą poszłam w końcu zapłacić za prywatną wizytę.

Gdy płaciłam, podeszła do mnie pielęgniarka od laryngolog, wzięła ode mnie kartkę z pierwszą pomocą, do teraz nie wiem czemu, bo w końcu weszłam prywatnie, i powiedziała, żebym następnym razem przychodziła z odcinkiem z ubezpieczenia za ten miesiąc. Kurczę blade, może miałam jeszcze o trzeciej nad ranem jechać po niego do domu 250 km, bo w przychodni byłam przed ósmą i naprawdę nie miałam jak tego dostać, dopiero po powrocie mogłam zadzwonić do mamy, odebrać od niej plik, wydrukować w kserowni...

Pominę milczeniem, że stara baba nie chciała mnie wpuścić do gabinetu "Bo tera ona". Mam nadzieję, że spotkam ją kiedyś w autobusie, będę siedziała i patrzyła jak ma naiwną nadzieję, ze ustąpię jej miejsca. W końcu sama pielęgniara zawołała mnie do gabinetu... i tu pierwsze i właściwie ostatnie miłe zaskoczenie. Laryngolog okazała się naprawdę kompetentna, odetkała mi jedno ucho, od razu poznała się na mojej alergii, powiedziała, jakie brać leki, żeby były bez recepty, bo ona recepty wydać nie może bez ubezpieczenia. No fakt, nie może. Zwolnienia do pracy też nie... nie wiem dlaczego, bo w końcu, motyla noga, byłam prywatnie! I... kazała przyjść za dwa dni na kontrolę. Tja, już to widzę, jak ja się tam dostanę. A choćby mieli mi odciąć ucho to prywatnie do baby nie pójdę. Dość sobie chapnęła!

17:43, aniloraq
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 09 października 2011
A może tak drugi kierunek?

Ostatnio furorę robi studiowanie dwóch kierunków naraz. Jak się okazuje, jedna napisana magisterka nie gwarantuje już przepustki do świata "byznesu i wielkiej kasy", więc musimy ich napisać więcej. Nie mam nic przeciwko, wręcz podziwiam te osoby, które mają na tyle zmysłu organizacyjnego, żeby połączyć jedne zajęcia z drugim i mniej więcej być na wszystkich. Co jednak jeśli za studiowanie dwóch kierunków biorą się osoby, które o organizacji czasu nie mają zielonego pojęcia?

Studiuję pedagogikę. Czy łatwy kierunek? Z pewnością na naszym wydziale trzeba się nieco postarać, by pozaliczać wszystko, z drugiej strony do stopnia trudności spotykanego na prawie, chemii czy medycynie "nieco" nam brakuje. Taki nasz wybór, zainteresowania, czy też może w niektórych przypadkach brak zdolności, by studiować wymarzone prawo, czy coś innego. Nie mnie oceniać. Nie jest to zresztą kierunek nastawiony tylko na kucie (choć i to tu spotkamy), a bardziej na zrozumienie pewnych mechanizmów kierujących ogólnie społeczeństwem i edukacją, nabycie umiejętności miękkich, dzięki czemu absolwenci pedagogiki docelowo pracują nie tylko w szkole i w Biedronce, ale i na wielu innych stanowiskach.

Zajęć mamy niedużo. Właściwie przy dobrej woli pani układającej plan dałoby się je upchnąć w trzech zapchanych dniach, a już na pewno czterech. Właściwie to niektóre specjalizacje tak mają... niestety nie moja. Zajęcia mamy we wszystkie dni tygodnia, w tym w piątki kończymy koło piętnastej. Jest to dla nas o tyle denerwujące, że większość z nas nie mieszka na stałe w studenckim mieście i wyjeżdża na weekendy (przynajmniej niektóre) do domu.

Kiedy więc nadarzyła się okazja przesunięcia ostatnich piątkowych ćwiczeń, większość z nas zaczęła rzucać różnymi terminami, które mamy wolne i w których moglibyśmy odbywać zajęcia. I co się okazuje? Jak zwykle, znajdzie się jedna - dwie osoby, które zaczną piszczeć, że "One studiują drugi kierunek i im te terminy nie pasują, poza tym one już sobie ułożyły plan i nie chcą tego zmieniać". No ja przepraszam, ale:

1. Mamy coś takiego, jak IOS (Indywidualna Organizacja Studiów), która przy dobrej woli wykładowców pozwala ugadać się z nimi na tyle, żeby móc chodzić do innej grupy, móc część zajęć odrobić na dyżurze, nie chodzić na nie... różne są rozwiązania. Owszem, nie są to rozwiązania idealne, ale chyba przy studiowaniu dwóch kierunków nie łudzimy się, że się rozdwoimy?

2. Rozumiem, że szanowne grono dwukierunkowców ma problemy, ale ma je wiele osób. Niektórzy mają pracę i ustalony grafik, jeszcze inni mądrzejsi dwukierunkowcy po prostu się nie odzywają i w myślach układają sobie, jak trzeba będzie załatwić problem, ewentualnie spokojnie pytają, czy możliwy jest inny, im pasujący termin, nie doprowadzając kolegów do szewskiej pasji.

Rozwala mnie również myślenie dwukierunkowców "Bo to ja będę miał pracę, a nie oni". Hmm, owszem, pedagogika nie ma dużo zajęć i dlatego większość z nas gdzieś pracuje. Niekoniecznie w zawodzie, ale chętnie oblegamy przeróżne telemarketingi, McDonaldsy, sieciówki odzieżowe, wolontariaty, praktyki gdzie nabieramy z pozoru czasem kompletnie nieistotnego doświadczenia, które potem procentuje. I nie obraźcie się Wy, którzy dwa kierunki studiujecie, ale takie doświadczenie jest często cenniejsze, niż drugi albo nawet trzeci kierunek i po moich znajomych widzę, że pozwala szybciej znaleźć pracę, niż machanie dwoma dyplomami.

Rzecz jasna, nie mam nic przeciwko osobom studiującym dwa kierunki. Wręcz przeciwnie, jak już wspomniałam, podziwiam często ich zdolność bilokacji, kombinowania podczas podwójnej sesji, zaliczania podwójnej partii materiału. To z pewnością nie jest łatwa sprawa... i z pewnością nie każdy się do tego nadaje. Więc Drogi Studencie! Jeśli czujesz, że zmysł organizacyjny jest Ci obcy i Twoim studiowaniem drugiego kierunku umęczysz swój rok... może sobie odpuść?

09:41, aniloraq
Link Komentarze (3) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 9